
Moje niezbyt mądre ale za to długie i niezbyt konkretne rozważania zacznę sobie tak: Jaka tak właściwie jest główna funkcja dziennikarstwa? Normalne jest, że takie najprostsze pytania często powodują najwięcej problemów przy odpowiedzi. Tutaj jednak odpowiedź (pozornie) jest bardzo prosta. Dziennikarstwo ma informować. Ale nie ot tak sobie paplać cokolwiek, a rzetelnie informować o najważniejszych tematach ważnych dla narodu. Bardzo proste na papierze, w teorii trudne, w praktyce kompletnie niewykonywane. Pewnie też niewykonywalne.
Biorąc pod uwagę założenie, że dziennikarze powinni nieść nam wieści ze świata i być właściwie wielofunkcyjnym lejkiem, który nie tylko zbiera i koncentruje w jednym miejscu informacje z całego świata i Polski, ale filtruje je też, okraszając je dodatkowo poprawną polszczyzną i odpowiednimi grafikami, można powiedzieć bardzo nieładnie, że dziennikarstwo nam się zjebało. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie próbowała w tym temacie poszperać, pogrzebać (usyfić się przy tym oczywiście) i wyjść z jakimiś głupimi przemyśleniami na ten temat. No to hop! w to gnojowisko.
Moje przemyślenia będą meandrowały gdzieś w okolicach dziennikarstwa internetowego, bo wychodzę z założenia, że jak się już o czymś cokolwiek pisze, to warto mieć z tym jakąkolwiek styczność. To założenie również podważa zasadność i wartość mojej pracy na temat Powstania Wielkopolskiego, oddaną gdzieś w zeszłym roku na zajęcia z historii Polski XX wieku, ale przemilczmy to, bo przecież jak wiadomo „Papier przyjmie wszystko”.
No, ale do brzegu z tym bełkotem.
Przesyt.
Założę się o grube pieniądze (tak do trzech dyszek), że większość z Was nie szuka aktywnie newsów. I żeby nie było, że oceniam: ja też nie. Nie mam w sobie wewnętrznej potrzeby, żeby wejść dzisiaj do internetu i przeryć się przez informacje na stronach internetowych dzienników. No nie ma opcji. Podejrzewam, że spora część z Was czyta informacje albo na Fejsie, albo w wiadomościach Google. Duża część z Was nie czyta prawie żadnego artykułu w całości, a swoją opinię na dany temat opiera na nagłówkach i ewentualnie pierwszych dwóch/trzech zdaniach tekstu. Mam też niewyraźne przeczucie z tyłu głowy, że rzadko zdarza Wam się czytać wszystkie artykuły z danego dnia, które są Wam serwowane. Dlaczego? Bo tego fizycznie nie da się zrobić. Przy założeniu oczywiście, że jesteście w miarę normalnie żyjącymi ludźmi.
Dziennikarze internetowi produkują więcej treści niż jest odbiorców. To nie jest żadne przełomowe stanowisko – intuicyjnie chyba czujemy, że żyjemy w świecie przesytu informacyjnego, prawda? No to jak w tym przesycie dziennikarze mają mieć dobrą czytalność (o poczytalności mogą totalnie zapomnieć)? Konkurując ze sobą w brzydki sposób.
Niezdrowa konkurencja.
Konkurencja na rynku czegokolwiek jest rzeczą normalną i zdrową. Utarło się nawet takie ładne powiedzenie „Rynek zweryfikuje”, co w prostym tłumaczeniu z ładnego na nasze „Jak się ludziom spodoba, to się przyjmie i będzie git i majonez… No i pieniądze.” Problem w odniesieniu tego powiedzenia do dziennikarstwa jest taki, że ciężko, żeby ludziom podobało się to, że w wyniku wypadku drogowego zginęło dziecko, a winny zbiegł z miejsca zdarzenia, prawda? No cóż… Nie musi się podobać, ważne żeby kliknęli i najlepiej podali info z artykułem gdzieś dalej. No i tu zaczyna się kombinowanie. A w tym całym kombinowaniu problemy są dwa:
- Prędkość. Informacje mają być zbierane, weryfikowane, opracowywane i publikowane najszybciej jak to możliwe. Przy okazji swoich studiów miałam przyjemność słuchania wykładów pewnego dziennikarza, swego czasu naczelnego redaktora jednego z większych wielkopolskich dzienników. Człowiek opowiadał nam o tym, że dziennikarz nie pracuje w żadnych ustalonych godzinach i nie ma czasu na większość normalnych, ludzkich rzeczy, np. sen czy jedzenie. O 6 jedzie na miejsce wypadku, gdzie pstryka fotki, na 8 ma być w redakcji, bo „coś tam”, o 10 ma prowadzić rozmowę z ordynatorem oddziału, na którym coś poszło nie tak , ale okazuje się, jednak natychmiast ma jechać na lotnisko „na już”, bo wylądował super ważny samolot. I tak się jakoś żyje. Problem z prędkością publikowania treści jest jeden: nie są dobre. Standardem już jest to, że internetowe newsy mają literówki, niedociągnięcia, błędy w składni i często są chaosem.
- Źródła. Dodatkowo chyba nikogo z Was, kto kiedykolwiek pisał jakąkolwiek pracę, nie muszę przekonywać, że największym bólem w dupie jest szukanie źródeł i cytowanie ich, prawda? Na to nie ma zwyczajnie czasu we współczesnych redakcjach dzienników internetowych. Za dużo się dzieje, żeby opierać swoje farmazony na konkretach… No bo ten samolot zaraz zacznie lądować, a relacja musi być na stronie, bo jak nie, to nie mamy newsa.
Ilość nie jakość.
Wracając do tematu pieniędzy. Na czym zarabiają dzienniki informacyjne? No przecież nie na artykułach sponsorowanych. Ciężko wyobrazić sobie taką sytuację, że pod artykułem o tym, że jakiś typ w centrum Wrocławia ukradł kobiecie torebkę i zwiał znalazł się dopisek „Artykuł sponsorowany przez markę Nike „Just do it”, c’nie? Takie serwisy zarabiają na reklamach. A żeby na reklamach się dobrze zarabiało, potrzebne są oczywiście wyświetlenia. I te wyświetlenia można zdobyć w prosty sposób, np. zatrzymać użytkownika na jeszcze jeden artykuł. Stąd też artykułów musi być dużo, o różnej tematyce, o czym pisałam już wyżej.
Google.
Ach, tak. Pisząc o stronach internetowych nie sposób jest nie wspomnieć o początku i końcu internetu. O jego ojcu, powierniku, największym przekleństwie – wyszukiwarce Google. Bo to było tak: Na początku był chaos, a z chaosu wyłonił się on; na płonącym rumaku, z paskiem adresu URL w dłoni – GOOGLE. A tak serio: strony walczą o swoją pozycję w wyszukiwarce Google i to nie jest nic odkrywczego (chyba). Nikt tak do końca nie wie na czym dokładnie polega pozycjonowanie stron w Google, ale są pewne przesłanki, żeby myśleć, że strony często aktualizowane, pozycjonują się lepiej. Coś już dźwięczy skojarzeniem?
Yup. Żeby być wysoko, gdy jakiś człowiek wpisze sobie frazę „morderstwa w Bieszczadach” albo „korki na A4”, trzeba mieć stronę ładną, czytelną ale też aktualizowaną często, żeby wujaszek Google wiedział, że o nią dbasz. To oczywiście sprawia, że mój blog nigdy nie będzie gdziekolwiek wyżej niż 32 strona wyszukiwarki, ale przecież robię to dla zabawy.
I to wszystko sprawia, że dziennikarstwo nam się zjebało. Nie chce pisać o rzeczach oczywistych – że klikają się najlepiej te rzeczy, które są bulwersujące, krzyczące chujnią. Nie chcę też pisać o clickbaitach, bo pewnie dla wielu z Was to oczywiste – chcę pokazać trochę inną stronę tego zjebania.
No i żeby nie być gołosłownym (w końcu nie chcę Was tu okłamywać, nie?), to tada! galeria. A w galerii gówno, więc zapnijcie pasy, bo będzie żałośnie od początku aż do samiuteńkiego końca.
Zanim zaczniemy. Chcę Wam powiedzieć, że kocham Was tak, że dla Was wyłączyłam Adblocka na Wirtualnej Polsce. Nie wiem czy można wymyślić większą oznakę miłości niż to.

1. Chodzi o Portugalię. Rośnie u nich liczba zakażeń po odmrożeniu gospodarki. Nie dało się tego nagłówka lepiej napisać, serio?

2. W związku z niskim oprocentowaniem lokat autor sugeruje inwestowanie w waluty.

3. Dziewczyna była zaproszona na kawę, okazało się, że przyszli teściowie zrobili obiad. Dziewczyna jest wege, była pieczeń, musiała odmówić. Także ten. Wspominałam o babraniu się w gównie już?

4. Dobra. Tu można powiedzieć, że się dopierdalam bez sensu, ale… Kim są ci dzienni i kto ich karze? Tego nie wie nikt!

5. Aż źle się czuję, że w to kliknęłam. Ech… Ale skoro ja to zrobiłam, to Wy już nie musicie: rząd Nowej Zelandii chce zwrócić uwagę na problem pornografii i tego, że rodzice powinni rozmawiać z dziećmi na temat seksu. Z tej okazji ruszyła kampania „Keep It Real Online – Pornography”, w której biorą udział dwie gwiazdy filmów dla dorosłych.

6. Pandemia ubóstwa (?). Zagrożone Bangladesz, Indie, Indonezja, Pakistan i Filipiny. Ja wiem, że słowo „pandemia” jest dość chodliwe teraz, ale serio? Pandemia ubóstwa?

7. Jeżeli pomyśleliście o otworzeniu okna, zrobieniu przeciągu i wstawieniu wiatraka do pomieszczenia, to nie musicie już czytać tego artykułu. Nic więcej tam nie ma.

8. Jeszcze w temacie artykułu powyżej. Wiadomo, że jest to tekst sponsorowany – nic odkrywczego, ale… Na Bora, spacje warto stawiać nawet w takich tekstach. Bo potem wychodzi, że istnieje istnieje jakoś przerażający orazmożliwy ból głowy, który jest bardzo straszny.
Swoją ostatnie dwa zdania kojarzą mi się bardzo mocno z próbą wyciśnięcia na rozprawce w gimnazjum jeszcze paru słów z tematu, który ewidentnie jest skończony, żeby tylko dobić do limitu słów. Czy sponsorzy kazali Wam napisać konkretną liczbę znaków? Bo to trochę tak wygląda. Jakby co – łączę się w bólu.

9. Substancje dopingujące były w spermie jej partnera, boksera. Ot, cała sensacja.

10. W ogóle. W takich warunkach wesela nie robi się w ogóle. Tada! A tak serio, bo to nie jest treść tego artykułu, a już weszłam w pewną konwencję tego wpisu, więc łamanie jej nie byłoby miłe czytelnikowi. Janachowska radzi w sumie tyle, żeby zebrać nazwiska osób, które będą na weselu i numery telefonów, aby łatwo było się skontaktować w razie ewentualnego zarażenia. Do tego mierzenie temperatury i sadzanie członków rodziny przy jednym stole. Bujda trochę w mojej opinii, ale najśmieszniejsze w tych poradach jest przekonanie Janachowskiej o tym, że rząd powinien dopłacać za badania uczestników wesel… Także ten. Wincyj testów!

11. Koronawirus. Przyczyną jest koronawirus. Niby co innego może być?

11. Jeszcze w temacie tego artykułu… Wiecie, że tramwaje i autobusy z reguły nie odczuwają temperatury, więc nie muszą się przed niczym ratować? Tak tylko mówię, bo to zdanie jest kiepsko skonstruowane.

12. Pustoszeje 30 czego? Piwek? Sklepów? Umysłów styranych dziennikarzy? Ech. A w artykule wyjaśnione, że pustoszeją biura, bo okazało się, że praca zdalna nie jest taka straszna jak można byłoby myśleć.

13. Kieszenie metanu. Nie żadne coś, na Bora. Podejrzewam, że badacze nie byli bardzo zaskoczeni, a co dopiero zmrożeni. No chyba że wpadli do tego Oceanu Arktycznego, w którym badali te pomorskie uskoki.

Gdybyście kiedyś zastanawiali się jak dużo czasu zajmuje mi napisanie dużego wpisu… Spójrzcie na daty pod screenami.
Do następnego! Oby szybszego…
