1. Codziennie przychodził do mnie taki pan Jerzy (chyba tak miał na imię… Ta….). Brał sobie kawkę z mlekiem i siadał sam albo zagadywał do mnie. Gdy dowiedział się, że jestem na informatyce, ale zawsze chciałam po prostu pisać, stwierdził, że powinnam skończyć te studia i podyplomowo zrobić sobie dziennikarstwo. Dlaczego? Bo w Polsce, proszę pani, mamy za dużo niewyedukowanych dziennikarzy. Każdy sobie może założyć bloga i dzielić się opinią. Ale do bycia dziennikarzem, takim wie pani, z krwi i kości, to trzeba czegoś więcej niż klawiatura. Ja pani życzę, żeby pani to znalazła. Ot, ciekawostka.
2. Codziennie wpadał też pan, którego znajomi nazywali Sędzią, ale ni chu chu nie wiem, kim naprawdę był z zawodu. W każdym razie przynosił mi krówki i inne fanty zabrane ze stoisk na targach. Przeuroczy, siwiejący pan, który zawsze witał mnie szerokim uśmiechem. Chyba będzie mi go brakować. Duh… Już brakuje.
3. We wtorek, zdaje się, przyszła spora grupka ludzi, takich 50+, którzy zaciekle rozprawiali o… Muzyce Wielkopolski. Po trzech dobrych godzinach, podczas których chyba nie doszli do niczego, odnieśli mi filiżanki. Pewien pan, konspiracyjnym szeptem powiedział niech pani nie opowiada o tym, co się tu działo, bo to żenada. Wstyd zupełny! Tak też właśnie nie opowiadam o szczegółach.
4. W środę dopadły mnie prawdziwe tłumy. Ledwo wyrabiałam się ze wszystkim. A dlaczego? Później uprzejmy dziennikarz uświadomił mi, że pod nami od 11 do 13 odbywało się tak nudne rozdanie nagród, że ludzie tam tylko wchodzili, strzelali jedną fotkę i wychodzili. Żeby nie zasnąć.
5. Wpadł do mnie też w środę taki młody facet. Rzuca do mnie, że on potrzebuje kawy. Dużo i mocnej i on będzie mnie za nią wielbić. No to szuram na zaplecze po największy kubek jaki mam i słucham sobie o czym rozmawia przez telefon. Ten mężczyzna, nie kubek. Ale to była pora, gdy mogłam już lekko wariować. Anyway, koleś mówi po angielsku i umawia się na spotkanie. W pewnym momencie strzela się z otwartej łapy w czoło i mówi do słuchawki Kurwa, Tomek. Przecież my obaj jesteśmy Polakami. Urocze.
6. W niedzielę o 11 przyszła do mnie taka mocno zamragana pani i mówi, że ona chyba potrzebuje herbatki. Mówię jej, że oczywiście da radę załatwić. Pani idzie sobie w najciemniejszy kąt pomieszczenia i wtula się w fotel. Gdy przynoszę jej herbatkę, mówi, że co jak co, ale te cholerne imprezy branżowe, to kiedyś ją wpędzą do grobu.
I tak to właśnie wyglądało. Gdyby ktoś się zastanawiał, to polecam taką pracę na targach. Jest przyjemnie, można pogadać sobie z ciekawymi ludźmi i w kilka dni zarobić sobie parę groszy tak zupełnie bez zobowiązań.
Do zobaczenia, Misiaczki!

